Czekali pośród zgniecionych kwiatów pod niebem powlekającym się z wolna chmurami. W ciszy rozległo się gruchanie leśnego gołębia: kuu-ruu-huu-huu! ruu-huu-huu! Clifford zmusił go swoją trąbką do milczenia.

W chwilę później na zakręcie ukazał się leśniczy; rozejrzał się dokoła. Ukłonił się.

— Czy znacie się trochę na motorach? — zapytał Clifford szorstko.

— Niestety, nie. Czy się zaciął?

— Widocznie! — warknął Clifford.

Leśniczy przykucnął gorliwie obok koła, oglądając małą maszynę.

— Niestety, nie znam się zupełnie na tych technicznych sprawach, Sir Cliffordzie — rzekł spokojnie. — Jeżeli jest dość benzyny i oliwy...

— Przyjrzyjcie się tylko uważnie, może zobaczycie, czy coś nie jest złamane — przerwał mu Clifford.

Leśniczy oparł fuzję o drzewo, zdjął kurtkę i rzucił ją obok. Brązowy pies siadł na straży. Potem Mellors przykucnął znowu i zajrzał pod pojazd, obmacał palcami małą, tłustą maszynę, zły na tłuste plamy, jakie pozostały na jego niedzielnej koszuli.

— Zdaje się, że nic nie jest złamane — rzekł.