Clifford włączył już znowu sprzęgło. Fotel wykonał chorobliwy skok i słabo potoczył się naprzód.

— Jeżeli go pchnę, pojedzie — rzekł leśniczy, stając za fotelem.

— Odejdźcie! — syknął Clifford. — Sam sobie dam radę.

— Ależ, Cliffordzie! — wtrąciła Connie. — Wiesz przecież, że to dla motoru za trudna praca. Dlaczego jesteś taki uparty!

Clifford był blady z gniewu. Szarpnął dźwignię. Fotel wykonał znów skok, potoczył się kilka kroków i zatrzymał się wśród szczególnie obiecującej kępki hiacyntów leśnych.

— Koniec z nim! — rzekł leśniczy. — Nie ma dość siły.

— Był tu już nieraz na górze — oznajmił Clifford zimno.

— Tym razem nie poradzi — rzekł leśniczy.

Clifford nie odpowiedział. Począł wyprawiać z motorem najrozmaitsze sztuki, puszczał go to szybko, to wolno, jakby chciał trafić na właściwe tempo. Las rozbrzmiewał niesamowitymi dźwiękami. Potem Clifford przekręcił nagle dźwignię szybkości, podniósłszy przedtem hamulec.

— W ten sposób poszarpie mu pan tylko wnętrzności — mruknął leśniczy.