Fotel jakby od razu stracił dech. Stanął nieruchomo. Clifford, siedzący w nim niby więzień, był biały z wściekłości. Szarpał rękoma dźwignie, nogi jego były na nic. Wydobywał z motoru dziwne dźwięki. Z dziką niecierpliwością poruszał małe dźwignie i sprawiał tym jeszcze więcej hałasu. Ale fotel nie ruszał się z miejsca. Nie, nie ruszał się z miejsca. Clifford wyłączył motor i siedział nieruchomy z gniewu.
Constance siedziała na stoku i patrzała na biedne, zgniecione hiacynty. „Cóż może być piękniejszego od angielskiej wiosny”. „Potrafię dokonać tego, co do mnie należy”. „Dzisiaj musimy wziąć w rękę bicz, nie miecze”. „Klasa panująca”!
Leśniczy powrócił z fuzją i kurtką. Flossie dreptała mu po piętach. Clifford kazał Mellorsowi zrobić coś przy motorze, Connie, która nie znała się zupełnie na motorach i nieraz już była świadkiem uszkodzeń, siedziała cierpliwie na stoku, jakby była manekinem. Leśniczy leżał znowu na brzuchu. Klasy panujące i klasy usługujące!
Wstał i rzekł cierpliwie:
— Więc niech pan spróbuje jeszcze raz.
Mówił spokojnym głosem, niemal jak do dziecka.
Clifford spróbował, a Mellors stanął szybko za fotelem i zaczął go popychać. Poszło, motor wykonywał połowę pracy, człowiek resztę.
Clifford obejrzał się, żółty z gniewu.
— Odejdziecie wy stamtąd!
Leśniczy puścił natychmiast drążek, a Clifford dodał: