— Bynajmniej, Sir Cliffordzie! Chce pan, żebym pchał fotel?

— Proszę bardzo.

Leśniczy zbliżył się: ale tym razem nie pomogło. Hamulec zaciął się. Ciągnęli i szarpali, a leśniczy odłożył znowu fuzję i zdjął kurtkę. Clifford nie mówił teraz nic. Wreszcie Mellors uniósł fotel z tyłu i spróbował jednocześnie zwolnić koła uderzeniem nogi. Nie udało mu się, fotel opadł z powrotem. Clifford czepiał się poręczy. Leśniczy dyszał pod ciężarem.

— Niech pan tego nie robi! — zawołała Connie.

— Gdyby pani chciała pociągnąć za koło, tak! — rzekł i pokazał jej, jak.

— Nie! Niech go pan nie podnosi! Przedźwignie się pan — oświadczyła Connie, czerwona teraz z gniewu.

Ale on spojrzał jej w oczy i skinął głową. Musiała podejść i chwycić koło, posłusznie i chętnie. On uniósł fotel, ona pociągnęła za koło i pojazd zachwiał się.

— Na Boga! — krzyknął Clifford przerażony.

Ale nic się nie stało, a hamulec był zwolniony. Leśniczy podłożył kamień pod koło i usiadł na stoku. Serce biło mu mocno, twarz miał białą z wysiłku, był na wpół nieprzytomny. Connie spojrzała na niego i omal nie krzyknęła z gniewu. Nastąpiła chwila śmiertelnego milczenia. Widziała jak jego ręce, leżące na udach, drżały.

— Czy pan sobie coś zrobił? — zapytała, podchodząc do niego.