— Nie! Nie!
Odwrócił się prawie gniewnie.
Znowu zapanowała absolutna cisza. Jasnowłosa potylica Clifforda nie poruszała się. Nawet pies stał bez ruchu. Niebo zachmurzyło się.
Wreszcie leśniczy westchnął i utarł nos w czerwoną chustkę.
— To zapalenie płuc mocno mnie nadszarpnęło — rzekł.
Nikt nie odpowiedział. Connie obliczała, ile trzeba było siły, żeby unieść fotel razem z otyłym Cliffordem: za dużo, o wiele za dużo! Żeby go to tylko nie zabiło!
Leśniczy wstał, wziął znowu kurtkę i przewiesił ją przez poręcz fotela.
— Jest pan teraz gotów, Sir Cliffordzie?
— Jeżeli wy jesteście gotów!
Schylił się i wyjął kamień spod koła. Potem wparł się znowu w fotel. Był tak blady, jakim go Connie nigdy jeszcze nie widziała; i bardziej niż kiedykolwiek nieprzytomny. Clifford był ciężkim mężczyzną, zbocze było strome. Connie stanęła u boku leśniczego.