— Będę także pchała — rzekła.
I poczęła pchać z gwałtowną energią rozgniewanej kobiety. Fotel ruszył szybciej. Clifford obejrzał się.
— Czy to konieczne? — zapytał.
— Bardzo! Chcesz tego człowieka zabić? Gdybyś puścił motor, póki działał...
Ale nie dokończyła zdania, dyszała już. Przestała na chwilę pchać, gdyż była to nadspodziewanie ciężka praca.
— Aha! Powoli! — rzekł kroczący obok niej mężczyzna ze słabym uśmiechem w oczach.
— Czy pan jest pewien, że pan sobie nic nie zrobił? — zapytała Connie gniewnie.
Potrząsnął głową. Spojrzała na jego małą, niemal krótką, żywą dłoń, opaloną od wiatru. Była to ta sama dłoń, która ją pieściła. Nigdy na nią dotychczas nie patrzała. Wydawała się taka cicha, zupełnie jak on, przeniknięta dziwną, wewnętrzną ciszą, która budziła w niej pragnienie, aby pochwycić tę rękę, jak gdyby jej inaczej nie mogła dosięgnąć. Cała jej dusza rwała się w tej chwili do niego: taki był cichy, taki niedosiężony! A on czuł, jak członki jego poczęły znowu odżywać. Popychając lewą ręką, położył prawą na białym przegubie jej dłoni i objął go delikatnie pieszczotą. Płomień siły przemknął po jego grzbiecie i lędźwiach i ożywił go. A Connie pochyliła się nagle i ucałowała jego dłoń. Potylica Clifforda, wąska i nieruchoma, znajdowała się w tej chwili wprost przed nimi.
Na wzgórzu odpoczęli, a Connie była rada, że może przestać popychać. Snuła niegdyś przelotne marzenia o przyjaźni pomiędzy tymi dwoma mężczyznami: jednym — jej mężem, drugim — ojcem jej dziecka. Teraz widziała krzyczącą absurdalność tych marzeń. Ci dwaj mężczyźni byli dla siebie tak wrodzy, jak ogień i woda. Niweczyli się wzajemnie. I pojęła po raz pierwszy, jak dziwną i subtelną rzeczą była nienawiść. Po raz pierwszy świadomie i zdecydowanie nienawidziła Clifforda, nienawidziła całą mocą: jakby musiał być zmieciony z powierzchni ziemi. I dziwne było, jakie uczucie wolności i pełni życia dawała jej ta nienawiść i uświadamianie sobie jej.
„Teraz, kiedy go znienawidziłam, nie będę już mogła nadal żyć z nim” — przeszło jej przez myśl.