Na równym gruncie leśniczy mógł sam popychać fotel. Clifford swobodnie rozmawiał z Connie, aby dowieść swego zupełnego opanowania: o ciotce Ewie, która była w Dieppe, i o Sir Malcolmie, który pisał i zapytywał, czy Connie chce jechać do Wenecji z nim razem, jego małym autem, czy też z Hildą koleją.

— Wolę pojechać koleją — rzekła Connie. — Nie lubię jazdy samochodem, zwłaszcza, gdy jest kurz. Ale zobaczę, co powie Hilda.

— Będzie chciała jechać swoim własnym autem i zabrać ciebie — odpowiedział Clifford.

— Prawdopodobnie!... Tutaj pod górkę muszę pomagać. Nie masz pojęcia, jak ciężki jest ten fotel.

Stanęła za fotelem i pchając go, szła po różowej ścieżce obok leśniczego. Było jej obojętne, czy jej ktoś nie widział.

— Dlaczego nie zostawisz mnie tutaj i nie sprowadzisz Fielda? On jest na to dość silny.

— To tak blisko — odpowiedziała Connie, dysząc.

Ale oboje, ona i Mellors, ocierali sobie pot z twarzy, kiedy przybyli na wzniesienie. Dziwne było, że ta odrobina wspólnej pracy zbliżyła ich do siebie bardziej, niżeli dotąd byli zbliżeni.

— Dziękuję wam bardzo, Mellors — rzekł Clifford, kiedy dojechali do drzwi domu. — Muszę sobie sprawić inny typ motoru, to wszystko. Może wejdziecie do kuchni i zjecie coś? Musi już być czas na obiad.

— Dziękuję panu, Sir Cliffordzie. Szedłem właśnie do matki na obiad, dziś niedziela.