— Jest nadzwyczajny.
— Możliwe! Ale mnie nudzi. Cała ta sofistyczna mądrość! On nie ma uczuć, ma tylko strumienie słów o uczuciach. Nie znoszę tych mentalności, traktujących siebie tak poważnie.
— Więc wolisz traktujące siebie poważnie animalności.
— Może! Przypuszczam jednak, że można by znaleźć coś, co siebie nie traktuje tak poważnie.
— Mnie się podoba u Prousta jego subtelność i wytworna anarchia.
— W rzeczywistości on człowieka zabija.
— To mówi znowu mój mały ewangelista.
Znowu doszli do tego, znowu doszli do tego! Ale nie mogła się powstrzymać od walki z nim. Zdawało się jej, że siedzi tu jak kościotrup i wysyła ku niej zimną, przeraźliwą, kościotrupią wolę. Czuła niemal, jak ten kościotrup chwyta ją i wciąga do swojej kościstej klatki. I on był naprawdę podniecony: a Connie lękała się go trochę.
Udała się jak tylko mogła najszybciej na górę i wcześnie położyła się do łóżka. Ale o pół do dziesiątej wstała i wyszła na korytarz, nadsłuchując. Nigdzie nie słychać było najlżejszego dźwięku. Narzuciła szlafrok i zeszła na dół. Clifford i pani Bolton hazardowali się w karty. Prawdopodobnie potrwa to do północy.
Connie wróciła do swego pokoju, rzuciła pyjamę na łóżko, włożyła cienką koszulę nocną, a na nią wełnianą suknię, potem tenisowe pantofle z gumowymi podeszwami i lekki płaszcz. Była gotowa. Gdyby spotkała kogoś: wychodziła właśnie na kilka minut przed dom. A rano, kiedy będzie wracała: była właśnie również na krótkim spacerze po rosie porannej, jak to często robiła przed śniadaniem. Jedyne niebezpieczeństwo polegało więc na tym tylko, że ktoś mógłby wejść w nocy do jej pokoju. Ale to było niezmiernie nieprawdopodobne: nawet nie jeden do stu.