— Najchętniej nic bym nie piła — odpowiedziała Connie, spoglądając na stół. — Ale ty jedz.

— Nie, nie jestem głodny. Nakarmię tylko psa.

Ze spokojną niewzruszonością przeszedł po ceglanej podłodze pokoju i rzucił psu żarcie do brązowej miski. Ogar spojrzał na niego lękliwie.

— No, mosz, dyć to twoja wiecerzo. Dyć nie rób takiej głupiej miny, jakbyś nic nie dostała — rzekł.

Postawił miskę na dywaniku pod schodami i usiadł na krześle pod ścianą, aby zdjąć buty i sztylpy. Suka nie zbliżała się do jedzenia, lecz podeszła do niego, usiadła i spoglądała na niego zaniepokojona.

Leśniczy rozpiął wolno sprzączki sztylp. Pies zbliżył się jeszcze bardziej.

— No, cóż ci zaś? Zaś cie ździebko droźni, że sam jest inksza? Prowdziwo z ciebie kobitka, prowdziwo! Idź i zrej swoja wiecerzo!

Położył rękę na głowie suki, a ona oparła łeb o jego nogi. Wolno i łagodnie pociągnął za długie, jedwabiste ucho.

— Hań! — rzekł. — Hań! Idź już i zrej swoja wiecerzo, idź!

Posunął swoje krzesło trochę w stronę miski na dywaniku, a suka poszła tam posłusznie i zaczęła żreć.