— Lubisz psy? — zapytała Connie.
— Nie, nie bardzo. Som za zbytek pokorne i za wiele prziwiązane.
Zdjął skórzane sztylpy i rozsznurował trzewiki. Connie odwróciła się od ognia. Jak pusty był ten mały pokój! Ale nad jego głową wisiała na ścianie ohydnie powiększona fotografia jakiejś młodej pary małżeńskiej, widocznie jego z jakąś niewiastą o bezczelnym wyglądzie, niewątpliwie jego żoną.
— Czy to ty? — zapytała Connie.
Odwrócił głowę i spojrzał na powiększenie.
— No-dyć. Łotfotografówane wtencos, kiej ech sie łożynił; miałech jeden dwadzieścia lot.
Wpatrywał się w obraz.
— Lubisz tę fotografię? — zapytała Connie.
— Cego? Cy lubia? Nie, do sto djobłów, niecierpia jom! Ale łona to już tak wyrychtowała, żechmy sie tak kozali łodfotografówać, jak łona chciała.
Zaczął znowu zdejmować trzewiki.