— Jeżeli jej nie lubisz, po co tu wisi? Może twoja żona chciałaby ją mieć.

Spojrzał na nią z uśmiechem.

— Wziena z chałupy wszystko, co było worte wziońć — rzekł. — Jeny to łostawieła.

— Więc po co ty to trzymasz? Ze względów uczuciowych?

— Nie! Nigdy na niom nie patrza. I blank ech nie wiedzioł, że łona tam jest. Wisi już sam, łodkond echmy sie sam przikludzili.

Odwrócił się znowu do powiększonej fotografii i spojrzał na nią. Oprawiona była w brązową, pozłacaną ramę — ohydną. Na zdjęciu widać było gładko wygolonego, przystojnego mężczyznę o bardzo młodym wyglądzie, w dość wysokim kołnierzu, i nieco pulchnawą młodą kobietę o zuchwałym wejrzeniu, z kędzierzawymi włosami, w ciemnej bluzce jedwabnej.

— Fajnie to łobmyśliła, prowda? — rzekł leśniczy.

Zzuł już buciki i włożył pantofle. Wszedł na krzesło i zdjął fotografię. Na zielonawej tapecie pozostała wielka, blada plama.

— Nie worto jom nawet łobkurzać — rzekł i postawił fotografię pod ścianą.

Wszedł do komórki z narzędziami i powrócił z młotkiem i obcęgami. Usiadł tam, gdzie przedtem siedział, i począł zdzierać papier z tylnej strony wielkiej ramy i wyciągać gwoździki, które przytrzymywały karton za fotografią. Pracował z cichym uporem, który był dla niego tak charakterystyczny.