Niebawem powyciągał wszystkie gwoździki. Potem wyjął karton i samą fotografię w mocnym, białym passepartout. Spojrzał na zdjęcie ubawiony.

— Łobrozek tyn pokazuje mie tym, cym ech wtencos był: młodym mamlasem, a jom tyż cym była: dziewom — rzekł. — Gupi mamlas i dziewa!

— Daj mi popatrzeć! — rzekła Connie.

Był na zdjęciu istotnie bardzo gładko wygolony i w ogóle wyglądał dziwnie gładko, jak któryś z owych gładkich młodzieńców sprzed dwudziestu lat. Ale nawet na fotografii oczy jego były żywe i nieustraszone, a kobieta nie była tak zupełnie „dziewką”, chociaż miała grube kości policzkowe. Miała w sobie jednak coś pociągającego.

— Takich rzeczy nie powinno się przechowywać — rzekła Connie.

— Nie, nie, doprowdy że nie! Cłowiek nie powinien ich wcale kozać robić!

Przedarł na kolanie fotografię razem z passepartout na drobne kawałki, które rzucił w ogień.

— Jeny mi łogień zapaskudzi — rzekł.

Szkło i karton wyniósł ostrożnie. Ramę połupał kilkoma uderzeniami młotka, aż gips latał dokoła. Potem wyniósł kawałki do komórki.

— Jutro to spolymy — rzekł. — Sporo na tym kąszczków gipsu.