— A cóż to jest za człowiek, ten w Stacks Gate? — zapytała Connie.

— Wysoki, silny drab o głowie dziecka, popychadło. Berta tyranizuje go. I oboje piją.

— Boże wielki, gdyby ona wróciła!

— Na Boga, tak! Odszedłbym po prostu i zniknął.

Zapanowało milczenie. Karton spalił się na kominku na szary popiół.

— Więc gdy dostałeś kobietę, która cię pragnęła — rzekła Connie — miałeś trochę za wiele dobrego.

— Tak! Tak by wyglądało! Ale i tak wolę mieć ją niż którąś z tych ani-mru-mru: jak ta biała miłość mojej młodości i tamta lilia o trującej woni, i te inne.

— A jakże jest z tymi innymi? — zapytała Connie.

— Inne? Innych nie ma. Tylko że wedle mego doświadczenia większość kobiet jest taka: przeważnie pragną mężczyzny, ale nie seksu. Lecz godzą się na to jako na część całej sprawy. Bardziej staroświeckie po prostu leżą sobie, jakby nigdy nic i pozwalają mężczyźnie działać. Nie biorą mu tego potem za złe: lubią go nawet potem. Ale sprawa sama jest dla nich niczym, jest im nawet trochę wstrętna. I większość mężczyzn lubi ten sposób obcowania. Ja go nienawidzę. Ale sprytne kobiety, kiedy są takie, udają, że takie nie są. Udają, że są namiętne i że przeżywają dreszcz. Ale to wszystko bałamucenie. Oszukują tylko. A potem są inne jeszcze77, które lubią wszystko, wszelki rodzaj uczucia i podniecania się i przybijania do portu, tylko nie naturalny. Zawsze potrafią osiągnąć, że człowieka chwyci, kiedy się nie jest w tym jedynym miejscu, w którym się być powinno, kiedy człowieka chwyta. Nie, nie! Nie chciałem mieć w ogóle do czynienia z kobietami. Chciałem pozostać sam, strzec swego spokoju i swojej przyzwoitości.

Był bardzo blady, czoło zasępiło mu się.