— I przykro ci było, kiedy ja przyszłam? — zapytała Connie.
— Było mi przykro, a jednak radowałem się.
— A teraz?
— Teraz jestem smutny, zewnętrznie: lękam się wszystkich tych zawikłań i brzydoty, i wyrzutów, które wcześniej czy później muszą nastąpić, i czuję się nędznie. Ale gdy krew wzbiera we mnie, wówczas raduję się. Czuję nawet triumf. Byłem już naprawdę zgorzkniały. Myślałem, że nie ma już zupełnie prawdziwego seksualizmu: że nie ma już kobiety, która by to mogła w naturalny sposób przeżywać z mężczyzną; z wyjątkiem czarnych kobiet. Ale ostatecznie my jesteśmy przecież białymi mężczyznami, a one są troszeczkę jak błoto.
— A teraz? Czy teraz jesteś rad ze mnie?
— Tak! Kiedy mogę zapomnieć o wszystkim innym. Kiedy nie mogę o tym zapomnieć, najchętniej wlazłbym pod stół, żeby tam umrzeć.
— Dlaczego pod stół?
— Dlaczego? — zaśmiał się — Schować się. Jak dziecko!
— Musiałeś mieć naprawdę okropne doświadczenia z kobietami — rzekła Connie.
— Widzisz, nie potrafiłem oszukiwać siebie. Większość mężczyzn w ten sposób sobie radzi. Stwarzają w sobie takie nastawienie i kontentują się kłamstwem. Ja nie potrafiłem siebie oszukiwać. Wiedziałem, czego chciałem w stosunku z kobietą, i nigdy nie umiałem sobie wmówić, że to osiągnąłem, jeżeli tak nie było.