Oczy jego wydawały się pełne jakiegoś gorącego, łagodnego mroku, który nie umiał myśleć.
— Kiej? Terozki?
— Teraz, w twoim sercu. A wówczas przyjdę i pozostanę z tobą na zawsze, niedługo.
Siedział nagi na łóżku, opuściwszy głowę, niezdolny do myślenia.
— Nie chcesz tego? — zapytała.
— Dyć! — odpowiedział.
Potem spojrzał tymi samymi oczyma, ale zamroczonymi innym ogniem świadomości, niemal jak ze snu.
— Nie pytej sie mie terozki ło nic — rzekł. — Łostow mie. Lubia cie. Przaja cie, kedy tam leżysz. Łostow mie. Lubia cie. Przaja cie, kedy tam leżysz. Kobiyta je czymś szumnym, kedy pieprzi sie ja głymboko i cipa je dobro. Przaja cie, twoje nogi i twój kształt i twoja kobiecość. Przaja twoja kobiecość. Przaja cie mojim ciałym i sercym. Ale niy pytej mie teroz. Niy koż mi nic godać. Przizwól mi sie zastawić, tak jak je żech, jeźli moga. Możesz mie pytać ło wszyjsko niyskorzij. Teroz przizwól mi być, przizwól mi być!
I delikatnie położył dłoń na jej wzgórku Wenus, na miękkich brązowych włosach dziewiczych, a sam usiadł nieruchomo na łóżku, nagi, z twarzą nieruchomą, w fizycznym oddaleniu, prawie jak twarz Buddy. Bez ruchu, w niewidzialnym płomieniu innej świadomości, siedział z ręką na niej i czekał na jakiś zwrot w sobie.
Po chwili sięgnął po koszulę i założył ją, ubrał się szybko w milczeniu, spojrzał na nią jeszcze raz, gdy wciąż leżała na łóżku naga i lekko złocista jak róża Gloire de Dijon, i odszedł. Usłyszała, jak otwiera drzwi na dole. I wciąż leżała, rozmyślając, rozmyślając. Bardzo trudno było jej odejść: wyjść z jego ramion. Zawołał z podnóża schodów: