— Pół do ósmej!
Connie westchnęła i wyszła z łóżka. Goły, mały pokój! Nic poza wąską komodą i niezbyt szerokim łóżkiem. Ale podłoga z desek była czysto wyszorowa. A w kącie pod oknem stała półka z książkami, z których kilka pochodziło z wypożyczalni. Obejrzała je. Były tam książki o Rosji bolszewickiej, opisy podróży, dzieło o atomach i elektronach, inne o składzie wnętrza Ziemi i przyczynach trzęsień; dalej kilka powieści i trzy książki o Indiach. Tak! Więc ostatecznie nawet książki czytywał.
Przez niskie okno padało słońce na jej nagie członki. Przed domem widziała wałęsającą się sukę Flossie. Gęstwina leszczynowa otoczona była zielenią, a niżej stał ciemnozielony szczyr. Był jasny, czysty ranek, ptaki fruwały i śpiewały triumfalnie. Gdybyż mogła tu pozostać! Gdybyż nie było tego innego, przeraźliwego świata dymu i żelaza! Gdyby tylko on tworzył jej świat!
Zeszła na dół, po stromych, wąskich schodach drewnianych. Zadowoliłaby się tym małym domkiem, gdyby stał tylko we własnym świecie.
Leśniczy był umyty i rześki, a ogień palił się.
— Chcesz coś zjeść? — zapytał.
— Nie! Daj mi tylko grzebień!
Poszła za nim do kuchni i uczesała się przed wąskim lusterkiem obok tylnych drzwi. Była gotowa do wyjścia.
Stała w małym ogródku przed domem i spoglądała na zroszone kwiaty, na srebrno-szarą grządkę gwoździków, puszczających już pąki.
— Pragnęłabym, aby cały pozostały świat zniknął — rzekła — i chciałabym żyć tutaj z tobą.