On biegł szybko, wyprostowany. Nie lubił deszczu. Ale ona zbliżała się wolniej, zrywając niezapominajki, jaskry i hiacynty leśne, potem biegła znowu kilka kroków i patrzała za nim, jak oddalał się od niej.
Kiedy dysząc przybiegła do szałasu z kwiatami, on rozpalił już ogień, i chrust trzaskał. Śpiczaste jej piersi wznosiły się i opadały, włosy były zlepione od deszczu, twarz rozpalona, a całe ciało połyskiwało i ociekało wodą. Z szeroko rozwartymi oczyma, bez tchu, z małą, mokrą głową i pełnymi, ociekającymi, naiwnymi biodrami, wyglądała jak inna istota.
Mellors wziął stare prześcieradło i wytarł Connie, która stała przy tym jak dziecko. Potem wytarł siebie samego, zamknąwszy najpierw drzwi szałasu. Ogień buchnął płomieniem. Connie owinęła głowę w drugi koniec prześcieradła i wycierała mokre włosy.
— Wycieramy się tym samym ręcznikiem — rzekł leśniczy — to oznacza kłótnię!
Connie spojrzała na niego, z włosami w dzikim nieładzie.
— Nie! — odpowiedziała z rozszerzonymi oczyma. — To nie ręcznik, to prześcieradło.
I poczęła znowu mocno trzeć głowę, podczas gdy on suszył własne włosy.
Ciągle jeszcze dysząc z wysiłku, każde owinięte w wojskowy koc, ale odsłoniwszy przednie części ciała przed ogniem, siedzieli obok siebie na drewnianej ławce przed buchającymi płomieniami, aby się uspokoić. Uczucie koca na skórze było dla Connie niemiłe, ale prześcieradło przemokło już zupełnie.
Zrzuciła koc i uklękła na glinianym palenisku, trzymając głowę przy ogniu i potrząsając włosami, by je wysuszyć. Przyglądał się pięknemu, zakrzywionemu opadowi jej bioder. On go dzisiaj zafascynował. Jak opadał obfitym zboczem ku ciężkiej krągłości jej pośladków! A pomiędzy nimi, złożone w tajemnym cieple, tajemne wejścia!
Pogłaskał jej ogon swoją dłonią, długo i subtelnie rozkoszując się krągłościami i kulistością.