Siedziała na jego udach, z głową przy jego piersi, jej nogi, lśniące jak kość słoniowa, były luźno rozchylone, a ogień oświecał je nierównomiernie. Siedząc z opuszczoną głową, patrzył na fałdy jej ciała w blasku ognia i na runo miękkich brązowych włosów, które opadały do punktu między jej rozchylonymi udami. Sięgnął do stołu poza nią i wziął jej bukiet kwiatów, wciąż tak mokry, że deszczowe krople spadały na nią.

— Kwiaty w każdą pogodę są bez dachu nad głową — powiedział. — Nie mają domów.

— Nawet chatki! — mruknęła.

Spokojnymi palcami wplótł kilka kwiatów niezapominajek w delikatne brązowe runo wzgórka Wenus.

— Tutaj — powiedział. — Tu niezapominajki są na właściwym miejscu!

Spojrzała w dół na dziwne, mleczne kwiatki wśród brązowych dziewiczych włosów w dolnej części jej tułowia.

— Czyż to nie wygląda pięknie? — powiedziała.

— Pięknie jak życie — odparł.

I wetknął różowy pączek goździka między włosy.

— Tutaj! To ja, tu mnie nie zapomnisz! To Mojżesz w sitowiu.