— Nie jesteś zły, że odjeżdżam, prawda? — zapytała po chwili i spojrzała w jego twarz z zadumą.
Ale twarz jego pod ciężkimi brwiami była niezbadana. Nie było na niej żadnego wyrazu.
— Rób, co uważasz za właściwe — rzekł.
I mówił teraz poprawnym angielskim.
— Nie odjadę, jeżeli ty tego nie chcesz — odpowiedziała Connie, tuląc się do niego.
Zapadło milczenie. Leśniczy pochylił się i dorzucił jeszcze kawałek drzewa do ognia. Płomień odbijał się na jego milczącej, zatopionej w myślach twarzy. Connie czekała, ale on nie rzekł nic.
— Myślałam tylko — podjęła znowu rozmowę — że byłaby to dobra droga do rozpoczęcia zerwania z Cliffordem. Chcę przecież mieć dziecko. A toby mi dało sposobność, żeby... żeby...
— Żeby dać ludziom trochę kłamstw do myślenia — uzupełnił Mellors.
— Tak, także i to, między innymi. Czy chcesz może, żeby domyśleli się prawdy?
— Jest mi zupełnie obojętne, co sobie myślą.