— Zrób ze mnie kalendarz! — powiedział. Zaśmiał się i kwiaty zadrżały na jego piersi.

— Zaczekaj chwileczkę — rzekł.

Wstał i otworzył drzwi szałasu. Flossie, która leżała pod okapem, podniosła się i spojrzała na niego.

— Tak, to ja! — rzekł Mellors.

Deszcz ustał. Panowała wilgotna, ciężka, parna cisza. Zapadł wieczór.

Wyszedł przed szałas i ruszył małą ścieżką w kierunku przeciwległym do drogi leśnej. Connie obserwowała jego szczupłą, białą postać: wydała się jej niby duch, niby zjawa, oddalająca się od niej. Kiedy go już nie mogła dojrzeć, serce jej zadrżało z lęku. Stała w drzwiach szałasu, owinięta tylko w koc, i patrzyła w ociekającą, nieruchomą ciszę.

Ale on powrócił, jakimś dziwnym truchtem, przynosząc kwiaty. Connie lękała się go trochę, jakby nie był zupełnie istotą człowieczą. A kiedy się zbliżył, oczy jego spojrzały w jej oczy, ale ona nie mogła zrozumieć, co to znaczy.

Przyniósł orlików i płomyczków, i marzanny, i młodych pędów dębowych, i powoju w małych pąkach. Przymocował puszyste gałązki dębu wokół jej piersi, wtykając w nie kępki dzwonków i lepnicy, w pępku umieścił różowy kwiat lepnicy, a w jej dziewiczych włosach niezapominajki i marzanki.

— Przyjrzyjmy się naszej Jane w kwiecistym stroju! — rzekł.

Wplótł kwiaty we włosy na swoim ciele, owinął wokół penisa kawałek powoju, a w pępek wetknął pojedynczy dzwoneczek hiacynta. Przyglądała się z rozbawieniem jego dziwnemu zapałowi. Wsadziła mu też kwiat lepnicy w wąsy, gdzie utknął, dyndając mu pod nosem.