— To je John Thomas81 w czasie weselo z Tofle Jane — powiedział. — A my przizwolymy Constance i Oliverowi pójść swojimi drogami. Może...
Rozpostarł ramiona szerokim gestem, a potem kichnął, zdmuchując kwiaty z nosa i pępka. Kichnął jeszcze raz.
— Może co? — zapytała Connie, czekając, aby mówił dalej.
Spojrzał na nią trochę stropiony.
— Hę? — rzekł.
— Może co? Powiedzże, co chciałeś powiedzieć! — nalegała Connie.
— Ba, cóż to ja chciałem powiedzieć?
Zapomniał. I było to jedno z największych rozczarowań jej życia, że nie dokończył tego zdania.
Żółty promień słoneczny przemknął po drzewach.
— Słońce! — rzekł Mellors. — I czas już na ciebie. Czas już, jaśnie pani, już czas! Co leci bez skrzydeł, jaśnie pani? Czas! Czas!