— Sądzi pani, że można kochać tylko raz? — zapytała.
— Albo nigdy. Większość kobiet nie kocha nigdy, nigdy nie zaczyna nawet kochać. Nie wiedzą wcale, co to znaczy. I mężczyźni także nie. Ale kiedy widzę kobietę, która kocha naprawdę, wówczas serce zamiera we mnie.
— I uważa pani, że mężczyźni łatwo się rozdrażniają?
— Tak! Kiedy się urazi ich dumę. Ale czyż i kobiety nie są takie same? Tylko że te dwa rodzaje dumy są odmienne.
Connie zastanowiła się nad tym. Poczęła znowu odczuwać wyrzuty sumienia, że chciała wyjechać. Czyż ostatecznie nie porzucała swojego kochanka, chociaż tylko na krótki czas? A on wiedział o tym. Dlatego był taki dziwny i taki sarkastyczny.
Bezwarunkowo! Egzystencja ludzka została w przeważnej części opanowana przez maszynę okoliczności zewnętrznych. Znajdowała się w mocy tej maszyny. Nie mogła wyzwolić się od niej bez trudu. I nie chciała wcale.
Hilda przybyła bardzo wczesnym rankiem w czwartek, w zgrabnym dwuosobowym aucie, do którego przytroczona była z tyłu jej ręczna walizka. Wyglądała skromnie i dziewczęco jak zwykle, ale posiadała też dawny upór. Posiadała diabelski upór, o czym przekonał się jej mąż. Ale mąż jej rozwodził się z nią teraz. Tak, ułatwiała mu to nawet, chociaż nie miała kochanka. W tej chwili miała już dosyć mężczyzn. Była bardzo zadowolona, że będzie mogła znowu być panią siebie samej i panią swoich dwojga dzieci, które zamierzała „porządnie” wychować, cokolwiek by to miało oznaczać.
Connie też zezwolono tylko na zabranie ręcznej walizki. Ale wysłała ona zawczasu wielki kufer do ojca, który jechał pociągiem. Uważał, że nie ma sensu zabierać auta do Wenecji. Już dlatego chociażby, że w lipcu było we Włoszech o wiele za gorąco na wycieczki samochodowe. Jechał więc wygodnie koleją. Powrócił był właśnie ze Szkocji.
Hilda poczęła więc niby dzielny arkadyjski marszałek polny wydawać rozporządzenia w sprawie podróży. Siedziała wraz z Connie, gawędząc w jej buduarze.
— Ale Hildo! — rzekła Connie nieco lękliwie. — Chcę tu zostać przez noc. Nie tutaj: w pobliżu!