Pani Chambers otworzyła bramę i życzyła jaśnie pani szczęśliwej drogi. Auto wysunęło się z ciemnych zarośli, które zakrywały park, i wyjechało na gościniec, gdzie górnicy powracali pojedynczo i grupami do domu, Hilda skręciła na drogę do Crosshill, boczną szosę, wiodącą jednak także do Mansfield. Jechały wzdłuż toru kolejowego. Potem przecięły tor na moście.
— To droga do leśniczówki — rzekła Connie.
Hilda rzuciła w tę stronę niecierpliwe spojrzenie.
— Szkoda wielka, że nie możemy jechać zaraz dalej — rzekła. — Mogłybyśmy być o dziewiątej na Pall Mall.
— Żałuję bardzo ze względu na ciebie — rzekła Connie spoza swojej maski automobilowej.
Niebawem wjechały do Mansfield, tego niegdyś romantycznego, teraz zaś zupełnie deprymującego miasteczka kopalnianego. Hilda zatrzymała auto przed wymienionym w przewodniku hotelem i wynajęła pokój. Cała sprawa była zupełnie niezajmująca, a Hilda czuła zbyt wielki gniew, żeby mówić. A jednak kazała sobie opowiedzieć coś niecoś o życiu tego człowieka.
— On! On! Jakim ty go nazywasz imieniem? Mówisz zawsze tylko on! — przerwała Hilda siostrze.
— Nigdy nie nazwałam go po imieniu; ani on mnie także. Dziwne to właściwie, jeżeli się nad tym zastanowić. Mówimy tylko Lady Jane i Sir John Thomas. Ale nazywa się Oliver Mellors.
— I wolałabyś być panią Mellors, niż Lady Chatterley?
— Bezwarunkowo! Toby było cudownie!