Nie było rady na Connie. I ostatecznie, jeżeli ten człowiek był przez cztery czy pięć lat oficerem w armii indyjskiej, musiał być do pewnego stopnia znośny towarzysko. Widocznie miał charakter. Hilda poczęła się stawać ustępliwsza.

— Ale po krótkim czasie będziesz go miała dość — rzekła. — A wtedy będziesz się wstydziła, że byłaś z nim związana. Nie można się mieszać z klasą robotniczą.

— Jesteś przecież taką socjalistką. Zawsze stajesz po stronie klasy robotniczej.

— Podczas jakiegoś kryzysu politycznego mogę stawać po jej stronie, ale właśnie dlatego, że staję po stronie tej klasy, wiem, jakie to niemożliwe związać z nią własne życie. Nie idzie tu o pychę, ale że cały rytm życia jest odmienny.

Hilda żyła pośród prawdziwych inteligentów politycznych, więc na nieszczęście niepodobna jej było odpowiedzieć. Nieurozmaicony wieczór w hotelu posuwał się naprzód; wreszcie spożyły równie nieurozmaiconą kolację. Potem Connie spakowała kilka rzeczy do małej torebki jedwabnej i raz jeszcze przygładziła włosy.

— Wiesz, Hildo — rzekła — miłość może być jednak cudowna. Kiedy człowiek czuje, że żyje i znajduje się w samym centrum stworzenia.

Była to z jej strony niemal pycha.

— Przypuszczam, że każdy komar odczuwa to samo — odpowiedziała Hilda.

— Tak sądzisz? Jak to ładnie z jego strony!

Wieczór był cudownie przejrzysty i zanikał powoli, nawet w tym małym miasteczku. Noc zapowiadała się na wpół jasna. Z twarzą, która z niechęci przybrała pozór maski, Hilda puściła znowu w ruch auto; pojechały z powrotem w tę stronę, skąd przyjechały, ale inną drogą, przez Bolsover.