Connie włożyła okulary automobilowe i kask, który nie dawał jej poznać, i siedziała w milczeniu. Wskutek sprzeciwu Hildy stanęła zdecydowanie po stronie mężczyzny, gotowa była wytrwać przy nim w doli i niedoli.
Przejeżdżając przez Crosshill, zapaliły reflektory, a mały oświetlony pociąg, który sapał obok nich na torze, potęgował jeszcze wrażenie, jakoby to była rzeczywiście noc. Hilda obliczyła zawczasu zakręt na drogę na końcu mostu. Zahamowała dość nagle i zjechała z drogi, a lampy rzucały oślepiająco białe światło na porośniętą trawą drogę żywopłotową. Connie rozejrzała się. Dostrzegła zarys postaci i otworzyła drzwiczki.
— Jesteśmy — rzekła cicho.
Ale Hilda zgasiła lampy i manewrowała autem, aby móc zawrócić.
— Nie ma nic na moście? — zapytała krótko.
— Wszystko w porządku, niech pani jedzie — zabrzmiał głos mężczyzny.
Cofnęła się aż do mostu, potem przejechała kilka metrów po drodze i cofnęła się znowu na szosę pod wiąz, gniotąc przy tym trawę i paprocie. Potem wszystkie światła pogasły. Connie wysiadła. Mężczyzna stał pod drzewami.
— Długo czekałeś? — zapytała Connie.
— Niezbyt długo — odpowiedział leśniczy.
Czekali oboje, aż Hilda wysiądzie. Ale Hilda zamknęła drzwiczki i siedziała nieruchomo.