— To moja siostra Hilda. Czy nie chcesz wyjść i pomówić chwilę, Hildo? To jest pan Mellors.
Leśniczy uchylił kapelusza, ale nie zbliżył się.
— Chodź, chodź z nami do leśniczówki, Hildo — prosiła Connie. — To niedaleko.
— A auto?
— Ludzie zostawiają spokojnie auta na drodze. Masz przecież klucz.
Hilda milczała i zastanawiała się. Potem obejrzała się za siebie na żywopłotową drogę.
— Czy mogę cofnąć się za ten krzak? — zapytała.
— O, tak — odpowiedział leśniczy.
Cofnęła się wolno przez zakręt, aż nie było jej więcej widać z drogi, potem zamknęła maszynę i wysiadła. Była noc, ale mrok był jasny. Żywopłoty po obydwu stronach nieużywanej drogi wznosiły się wysoko, zdziczałe, i wydawały się bardzo ciemne. W powietrzu była świeża, słodka woń. Leśniczy szedł przodem, za nim Connie, potem Hilda; wszyscy troje milczeli. W niektórych miejscach Mellors przyświecał latarką, potem szli znowu dalej, podczas gdy nad dębem cicho hukała sowa, a Flossie w milczeniu biegała dokoła małej grupy. Nikt nie mógł mówić. Nie było nic do powiedzenia.
Wreszcie Connie dojrzała żółte światło domu i serce jej zabiło mocniej. Lękała się trochę. Szli dalej, ciągle jeszcze jak Indianie na ścieżce wojennej.