Hilda zerwała się jak oparzona.
— Niech panuchna siedzom, niech siedzom! Mogom se przeca panuchna siedzić, kaj chcom. Nicht z nos nie jest takim srogim ponem — rzekł leśniczy z zupełną obojętnością.
Podsunął Hildzie szklankę i nalał najpierw jej z niebieskiego dzbanka.
— Z cygaretkami to kiepsko sprawa — rzekł. — Jo nie mom ani jednej. Ale może panuchna majom swoje własne. Jo nie kurza. Chcesz może co pojeść? — zwrócił się bezpośrednio do Connie. — No, zjysz co, to ci dom? Zawsze przeca cosik jysz.
Mówił dialektem z dziwną, spokojną pewnością siebie, jakby był gospodarzem w karczmie.
— Co jest do jedzenia? — zapytała Connie, rumieniąc się.
— Warzono szynka, syr, zaprowiane łorzechy, jak zechcesz... niewiela.
— Tak — rzekła Connie. — Chcesz także, Hildo?
Hilda spojrzała na niego.
— Dlaczego pan mówi dialektem?