— A dyć jydzcie — rzekł — jydzcie śmiało! Nie dejcie sie przeca prosić!
Nakroił chleba, potem siedział nieruchomo. Hilda czuła, podobnie jak niegdyś czuła Connie, potęgę jego milczenia i oddalenia. Widziała jego małą, delikatnie-nerwową, niedbałą dłoń na stole. Nie był to zwyczajny robotnik, nie: on grał, on grał komedię!
— W każdym razie — rzekła, biorąc kawałek sera — byłoby o wiele naturalniejsze, gdyby pan mówił zwykłym językiem, nie dialektem.
Leśniczy spojrzał na nią i wyczuł jej diabelską wolę.
— Naprawdę? — rzekł bez śladu dialektu. — Byłoby to naturalniejsze? Czy cokolwiek, co mogłoby być powiedziane pomiędzy panią a mną, mogłoby być naturalne, z wyjątkiem, gdyby pani powiedziała, że pragnie pani, aby mnie byli diabli porwali, zanim siostra pani zobaczyła mnie po raz pierwszy, a ja odpowiedziałbym pani coś równie uprzejmego? Czy cokolwiek innego byłoby zupełnie naturalne?
— O tak! — rzekła Hilda. — Po prostu dobre maniery byłyby zupełnie naturalne.
— Druga natura, że tak powiem — odpowiedział Mellors. Potem zaczął się śmiać. — E — rzekł — dosyć mom fajnych manier, dejcie mi już z tym pokój!
Hilda była szczerze stropiona i zła do wściekłości. Ostatecznie mógł przecież naprawdę okazać, iż rozumie, że to dla niego zaszczyt. Tymczasem jego komedia i pańskie zachowanie sprawiały wrażenie, jakby mu się zdawało, że to on okazuje zaszczyt. Po prostu zuchwalstwo! Biedna, zbłąkana Connie w kleszczach tego człowieka.
Wszyscy troje jedli w milczeniu. Hilda zwracała uwagę na jego zachowanie przy jedzeniu. Wbrew woli musiała przyznać, że instynktownie okazywał się o wiele bardziej subtelny i dobrze wychowany niż ona. Ona posiadała pewną ociężałość szkocką, podczas gdy on odznaczał się absolutną, spokojną, zadowoloną z siebie pewnością Anglika. Bardzo trudno będzie osiągnąć nad nim przewagę. Ale i on nad nią nie osiągnie przewagi!
— I sądzi pan naprawdę — zapytała nieco życzliwiej — że jest to warte takiego ryzyka?