— Ja, stałość! — rzekł leśniczy. — A cóż to jest? Jako to stałość jest w jeich życiu, panuchno? Słyszołech, że sie łoni łozwodzom. I cóż to za tako stałość? Stałość jeich samolubstwa. To im moga prziznać. A co im to pomoże? Głowa im sie zmonci od takiej stałości, zanim się zestarzejom. Samolubna kobita i uparto do tego, ja, to fajno stałość! Dzieńka Bogu, że to nie jo musza sie z śnimi tropić!

— Jakie pan ma prawo mówić do mnie w ten sposób? — zawołała Hilda.

— Cego, prawo? A jakież to łoni, panuchno, majom prawo, żeby inkszych ludzi zaprzongać do jeich stałości? Łostawiom oni jeny inkszym ludziom ich własno stałość.

— Mój poczciwy człowieku, nie sądzi pan chyba, że idzie mi tu o pana? — zapytała Hilda łagodnie.

— No dyć! A ło kogóżby inkszego? — odparł Mellors. — Przeca panuchna som do tego przimuszyni. Przeca panuchna som już prawie jakby mojom szwagierkom.

— Od tego jestem jeszcze bardzo daleko, zapewniam pana.

— Nie tak zaś daleko, nie, jo im to padom. Znajom przeca dobrze moja stałość, to mogom wierzyć moim słowom. Moja stałość już tam jest lepszo łod waszej. A jeśli jeich siostra sama ku mnie przichodzi z kuli tego ździebka uciechy, to już tam łona wie, cego chce. Była już w moim łóżku. Kej łoni, panuchno, dzieńka Bogu, jeszcze nie byli pomimo jeich stałości.

Zapadło śmiertelne milczenie, potem leśniczy ciągnął:

— O, jo tam nie nosza galot zadkiem do przodku, a jak mi nieroz cosik z nieba sleci, to dzieńkuja za to Bogu. Ta dziołszka poradzi dać chłopu mocka uciechy, ło wiela wiencej, niżby to poradziła tako panuchna. I wielgo szkoda, bo łoniby tyż mogli być dobrym jabłuszkiem w łóżku, miast być pieknym a dzikim jabłkiem w lesie. Takie kobity jak łoni, panuchno, potrzebujom porzondnego przeszcepienio.

Spojrzał na nią z dziwnym, przelotnym uśmiechem, nieco zmysłowo i z uznaniem.