— A tacy mężczyźni, jak pan — rzekła Hilda — powinni być trzymani w odosobnieniu. Usiłuje pan tylko usprawiedliwić swoją własną wulgarność i egoistyczne zachcianki.
— No toć, panuchno! I jest to prowdziwe błogosławieństwo, że jest jeszce pora takich chłopów jak jo. Ale łoni, panuchno, zasługujom na to, co ich spotyko: że łostanom blank samotno!
Hilda wstała i zbliżyła się do drzwi. Leśniczy powstał także i zdjął kurtkę z gwoździa.
— Sama znajdę drogę — rzekła Hilda.
— Wątpia! — odpowiedział Mellors swobodnie.
Szli znowu w milczeniu śmiesznym marszem gęsiego wzdłuż żywopłotów. Sowa ciągle jeszcze hukała. Mellors wiedział, że powinien ją ustrzelić.
Auto stało nietknięte, nieco wilgotne od rosy. Hilda wsiadła i puściła motor w ruch. Connie i Mellors czekali.
— Uważam tylko — rzekła Hilda zza swego szańca — iż należy wątpić, czy dojdziecie oboje do wniosku, że to było warte trudu!
— Co lo jednygo jest kęskiem mięsa, to lo drugiego jest truciznom — rzekł leśniczy z mroku. — Lo mnie to jest mięso i wino.
Światło reflektorów zapłonęło.