— Ach! — rzekł z rozjaśnioną twarzą. — Milady! Prawda, Milady?
— Milady Costanza — rzekła Connie.
Skinął głową i powtórzył:
— Milady Costanza!
Pieczołowicie schował kartę do kieszeni.
Villa Esmeralda leżała dość daleko na skraju laguny w kierunku Chioggia92. Był to niezbyt stary, miły dom, z tarasami, wychodzącymi na morze, a poniżej z wielkim ogrodem o ciemnych drzewach, który od strony laguny obrzeżony był murem.
Gospodarz ich był przysadzistym, dość rubasznym Szkotem, który przed wojną zebrał ładny mająteczek we Włoszech i został za swój ultrapatriotyzm podczas wojny uszlachcony. Żona jego była chudą, bladą osobą o ostrej twarzy; nie posiadała ona własnego majątku, ale miała za to nieszczęście, że musiała likwidować dość brudne przygody miłosne swego męża. Miała przez niego dużo przykrych kłopotów ze służbą, ponieważ jednak przeszedł zimą lekki atak serca, teraz łatwiej dawał sobą powodować.
Dom był przepełniony. Prócz Sir Malcolma i jego dwóch córek znajdowało się tam jeszcze siedem osób: małżeństwo szkockie, także z dwiema córkami; młoda contessa93 włoska, wdowa; młody książę gruziński i niestary jeszcze duchowny angielski, który przeszedł zapalenie płuc i ze względu na zdrowie został czymś w rodzaju kapelana domowego u Sir Aleksandra. Książę był ubogi, ładny, nadawałby się doskonale na szofera, posiadał dostateczną dozę bezczelności i na tym koniec! Contessa była cichą kotką, która uprawiała jakąś potajemną grę. Duchowny był nieokrzesanym, zwyczajnym człowiekiem z plebanii w Buckshire: na szczęście pozostawił żonę i obydwoje dzieci w domu. Zaś państwo Guthrie, owa wielogłowa rodzina, byli poczciwymi, solidnymi mieszczuchami edynburskimi, rozkoszowali się wszystkim na swój solidny sposób i pozwalali sobie na wszystko, póki nic nie ryzykowali.
Connie i Hilda natychmiast wyeliminowały księcia. Guthrie’owie należeli mniej więcej do tej samej klasy, co one, zamożnej, ale nudnej; zaś dziewczęta szukały mężów. Kapelan był niezłym towarzyszem, ale zbyt służalczym. Sir Aleksander po lekkim ataku serca odznaczał się w swej jowialności okropną ociężałością, ale mimo to był niezmiernie podniecony obecnością tylu pięknych kobiet. Jego żona, Lady Cooper, była cichą, przebiegłą osobą, która niezbyt wchodziła w rachubę; biedactwo spoglądała na każdą inną kobietę z ową zimną czujnością, która stała się jej drugą naturą, i mówiła zimne, złośliwe słówka, które dowodziły, jak niezmiernie niskiego zdania była o całym pokoleniu ludzkim. Była też zjadliwie wyniosła wobec służby, jak zauważyła Connie. Zachowywała się przy tym tak zręcznie, iż Sir Aleksander mógł sądzić, że jest panem i władcą całego towarzystwa, że rządzi nim, on, ze swoim grubym brzuchem, pretendującym do dobroduszności, i głupimi dowcipami, zupełnie pozbawionymi humoru, jak powiadała Hilda.
Sir Malcolm malował. Tak, ciągle jeszcze malował chętnie, jakiś widoczek laguny weneckiej jako przeciwstawienie jego szkockich krajobrazów. Codziennie rano jeździł więc łódką z olbrzymim płótnem do swego „widoku”. Nieco później wyjeżdżała Lady Cooper ze szkicownikiem i farbami do miasta. Była ona zapaloną akwarelistką, a cały dom pełen był różowych pałaców, ciemnych kanałów, chwiejących się mostów, średniowiecznych fasad i tak dalej. Potem Guthrie’owie, książę, contessa, Sir Aleksander, a niekiedy także pan Lind, kapelan, wyjeżdżali kąpać się na Lido i powracali dopiero o pół do drugiej na obiad.