Jak słyszę, Berta Coutts obległa poczciwego Mellorsa w domu jego matki, splądrowawszy przedtem leśniczówkę i szałas. Pewnego dnia rzuciła się na własną córeczkę, gdy to jabłuszko z jej pnia powracało ze szkoły. Ale mała, zamiast ucałować rączkę kochającej mamusi, ugryzła ją mocno i dostała za to drugą ręką taki policzek, że się na łeb i szyję wywróciła do ścieku, skąd ją wyratowała oburzona i udręczona babcia.
Ta kobieta rozdmuchała zdumiewającą ilość trujących gazów. Wyciągnęła na światło dzienne wszystkie owe wydarzenia swego pożycia małżeńskiego, które zazwyczaj trzymane są przez małżonków w najgłębszym grobie matrymonialnego milczenia. A gdy się jej spodobało po dziesięcioletnim pogrzebaniu ekshumować je, zebrała niesamowitą wprost kolekcję. Dowiaduję się o tych szczegółach od Linleya i doktora. Ten ostatni jest ubawiony. Naturalnie w rzeczywistości nic w tym nie ma. Ludzie posiadali zawsze dziwny pociąg do niezwykłych pozycji seksualnych, a jeżeli mężczyźnie podobało się używać swojej żony w sposób, który Benvenuto Cellini96 nazywa włoskim, to jest to po prostu kwestia smaku. Nie spodziewałem się jednak, że nasz leśniczy zna się na tylu sztuczkach. Nie ulega wątpliwości, że Berta Coutts pierwsza go ich nauczyła. W każdym razie jest to sprawa jej własnego legowiska i nikogo nie obchodzi.
Ale wszyscy słuchają, nawet ja sam. Przed dziesięciu czy piętnastu laty najprostsza przyzwoitość zatuszowałaby takie rzeczy. Ale prosta przyzwoitość już nie istnieje, a żony górników są wszystkie poruszone, zaś głosy ich nie brzmią bynajmniej lękliwie. Można by przypuścić, że w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat każde dziecko w Tevershall było niepokalanie poczęte, a każda poszczególna z naszych niekonformistycznych niewiast promienną Joanną d’Arc. Że nasz szacowny leśniczy mógł posiadać w sobie taki rabelaisowski97 rys, to czyni go w ich oczach ohydniejszym i wstrętniejszym niż byłby dla nich najzimniejszy morderca. A jednak, jeśli wierzyć wszystkim pogłoskom, ludzie tevershallscy są dość rozpustną czeladką.
Najgorsze jest jednak, że niesympatyczna Berta Coutts nie ograniczyła się tylko do własnych przeżyć i niedoli. Z nakładem całej swej siły głosu odkryła, że mąż jej gościł w leśniczówce kobiety, i spróbowała na chybił-trafił wymienić kilka osób. Zmieszała z błotem kilka szanowanych nazwisk i sprawa posunęła się o wiele za daleko. Wystosowano przeciwko tej babie sądowe ostrzeżenie.
Miałem w tej sprawie rozmowę z Mellorsem, gdyż niemożliwością było usunąć tę kobietę z lasu. Spaceruje on sobie po lesie jak zwykle, z najswobodniejszą miną, jakby mówił: »Co mnie to obchodzi? To nas zupełnie nie dotyczy, nie warto o tym nawet gadać!«.98 Tym niemniej podejrzewam go, że się czuje jak pies, któremu uwiązano puszkę do ogona; potrafi sobie co prawda nadać zawsze dobry pozór, jakby puszki nie było. Słyszałem jednak, że kiedy przechodzi przez wieś, kobiety wołają dzieci do domu, jakby nasz leśniczy był markizem de Sade99 we własnej osobie. Kroczy on dalej z niejakim bezwstydem, obawiam się jednak, że puszka jest mocno przywiązana do ogona, i że biedny Mellors biada teraz, jak Don Rodrigo w balladzie hiszpańskiej: »Ach, teraz mnie gryzie tam, gdzie najwięcej grzeszyłem!«.
Zapytałem go, czy uważa, że może nadal spełniać swoje obowiązki w lesie, a on odpowiedział, iż nie sądzi, aby je zaniedbał. Powiedziałem mu, że to rzecz niezmiernie niemiła, gdy ta kobieta włóczy się po posiadłości, na co odparł, iż nie posiada władzy aresztowania jej. Następnie zrobiłem aluzję do skandalu i jego niemiłego przebiegu. »Tak — odpowiedział. — Ludzie powinni by sami trochę więcej obłapiać100, toby potem nie byli tacy zawzięci i nie wylewali na człowieka swoich pomyj«.
Powiedział to z goryczą i niewątpliwie w słowach jego zawarte jest ziarno prawdy. Sposób wyrażania się nie jest jednak ani delikatny, ani przepojony szacunkiem. Napomknąłem o tym, a wtedy usłyszałem znowu dźwięk puszki u ogona. »Człowiekowi w pańskim położeniu, Sir Cliffordzie, nie przystoi robić mi wyrzutów, że mam woreczek między nogami«.
Takie rzeczy, powtarzane bez ogródki każdemu i wszystkim, nie pomagają mu oczywiście w najmniejszym stopniu, a pastor i Linley, i doktor są zdania, że byłoby najlepiej, gdyby ten człowiek opuścił naszą okolicę.
Zapytałem go, czy to prawda, że gościł damy w leśniczówce, a on odpowiedział mi tylko: »A co to pana obchodzi, Sir Cliffordzie?«. Oznajmiłem mu, że muszę dbać, aby w mojej posiadłości prowadzono przyzwoite życie, na co odparł: »Więc musi pan pozapinać babom gęby na guziczki«. Kiedy go zacząłem nagabywać o jego tryb życia w leśniczówce, powiedział: »A jużci, mogliby zrobić skandal ze mnie i mojej Flossie. O tym zapomnieli«. Naprawdę, jako wzór bezczelności jest nieprześcigniony!
Zapytałem go, czy znalazłby bez trudności inną posadę. Odpowiedział mi: »Jeżeli chce mi pan dać przez to do zrozumienia, że rad by mnie pan wyrzucić z mojej posady, to byłoby to bardzo łatwe«. Nie robił więc trudności. Odchodzi w końcu przyszłego tygodnia i oświadczył gotowość, o ile to tylko możliwe, wtajemniczyć w arkana zielonej sztuki pewnego młodzieńca, nazwiskiem Joe Chambers. Powiedziałem, że wypłacę mu dodatkowo jednomiesięczną pensję, gdy będzie odchodził. Odpowiedział, że wolałby, żebym zachował swoje pieniądze, ponieważ nie mam powodu, aby chcieć ulżyć swemu sumieniu. Zapytałem go, co przez to rozumie, i otrzymałem odpowiedź: »Nie jest mi pan nic dodatkowego winien, Sir Cliffordzie, więc niech mi pan nic dodatkowego nie wypłaca!«.