Connie zadecydowała teraz stanowczo, że między nim a nią nie nastąpi już rozłąka. Trzeba było tylko znaleźć jeszcze środki i drogi.
— Czy nienawidziłeś Berty Coutts? — zapytała go.
— Nie mów o niej.
— Owszem! Musisz mi pozwolić mówić. Ponieważ ją niegdyś lubiłeś. I byłeś z nią niegdyś tak zbliżony, jak teraz ze mną. Musisz mi to więc powiedzieć. Czy to nie straszne tak ją nienawidzić, gdy niegdyś byłeś z nią zbliżony? Dlaczego tak jest?
— Nie wiem. Wola jej była niejako zawsze skierowana przeciwko mnie, zawsze, zawsze. Jej ohydna, kobieca wola, jej wolność! Potworna wolność kobiety, kończąca się najplugawszym tyraństwem! O, broniła zawsze swojej wolności przede mną, jakby mi oblewała twarz witriolem.
— Ale ona i teraz jeszcze nie jest od ciebie wolna. Kocha cię jeszcze?
— Nie, nie! Jeżeli nie jest jeszcze wolna ode mnie, to przyczyna polega na tym, że opętana jest tym obłąkanym szaleństwem, iż musi mnie tyranizować.
— Ale musiała cię przecież kiedyś kochać!
— Nie! A może tak, od czasu do czasu. Czuła do mnie pociąg. Myślę, że nienawidziła nawet tego uczucia. Chwilami kochała mnie. Ale cofała to zawsze i próbowała mnie tyranizować. Najgłębszym jej pragnieniem było tyranizować mnie i pod tym względem niepodobna było jej zmienić. Wola jej od samego początku była zła.
— A może czuła, że ty jej prawdziwie nie kochałeś, i chciała cię do tego zmusić.