— Pragnę niemal, aby Clifford i Berta nie żyli — powiedział wreszcie.

— Nie nazwałabym tego czułością.

— Czułość? O, tak, największą czułością, jaką można by im okazać, byłoby może nawet zadać im śmierć. Oni nie potrafią żyć! Trwonią tylko życie! Dusze ich są przeraźliwe. Śmierć powinna być dla nich słodka. A ja powinienem mieć prawo zastrzelenia ich.

— Ale nie zrobiłbyś tego — rzekła Connie.

— Zrobiłbym! I z mniejszymi skrupułami, niż kiedy zabijam łasicę. Zwierzę ma przynajmniej jakiś wdzięk i jest samotnym stworzeniem. Ale ich jest legion. O, powystrzelałbym ich!

— W takim razie lepiej może, że nie śmiesz.

— Owszem.

Connie miała teraz dość materiału do myślenia. Jasne było, że Mellors chciał się zupełnie uwolnić od Berty Coutts. A ona czuła, że miał rację: ostatni atak był zbyt dziki. Znaczyło to, że do wiosny będzie musiała żyć sama. Może będzie mogła rozwieść się z Cliffordem. Ale jak? Gdyby wymieniono przy tym Mellorsa, udaremniłoby to jego rozwód. Jakie to ohydne! Czyż nie można było po prostu odejść na drugi koniec świata i być wolnym od tego wszystkiego?

Nie można było. Drugi koniec świata był dzisiaj oddalony o niespełna pięć minut drogi od Charing Cross. Póki działało radio, nie istniał drugi koniec świata. Królowie dahomejscy i lamowie tybetańscy słyszeli Londyn i New York.

Cierpliwości! Cierpliwości! Świat był potwornym i przeraźliwym splotem mechanicznego zamętu i trzeba było wielkiej ostrożności, aby nie zostać przezeń rozszarpanym.