— Chyba, że mu nie pozwolimy — odpowiedziała Connie.
Przejmowała się ona mniej niż on tymi podstępami w stosunku do świata.
Duncan, kiedy mu wyłuszczono propozycję, nalegał także, że chce poznać winowajcę leśniczego. Nastąpiła więc kolacja, tym razem w mieszkaniu malarza: wszyscy czworo. Duncan Forbes był przysadzistym, barczystym, ciemnoskórym, milczącym Hamletem o gładkich, czarnych włosach, odznaczającym się niesamowitym zarozumialstwem celtyckim. Malowidła jego składały się z samych rur i wentyli, i spirali, i dziwnych barw, ultramodernistycznych, ale odznaczających się jednak pewną siłą, nawet pewną czystością formy i tonu: tylko Mellors uważał je za okropne i odrażające. Nie pozwolił sobie jednak tego powiedzieć, gdyż Duncan był niemal obłąkany na punkcie swojej sztuki; była ona dla niego osobistym kultem, osobistą religią.
Obejrzeli obrazy w pracowni, a Duncan skierował swoje nieco maławe, brunatne oczy na drugiego mężczyznę. Chciał usłyszeć, co leśniczy powie o jego obrazach. Sądy Connie i Hildy już znał.
— To jest niby ekstrakt morderstwa — rzekł wreszcie Mellors; tego wyrażenia nie spodziewałby się Duncan w ustach leśniczego.
— A kto jest mordowany? — zapytała Hilda bardzo szyderczo i chłodno.
— Ja! To zabija w człowieku wszelki ślad współczucia.
Fala najczystszej nienawiści wypłynęła z malarza. W głosie leśniczego usłyszał ton odrazy i pogardy. Uczuł wstręt na wspomnienie współczucia. Chorobliwy sentymentalizm!
Mellors stał szczupły i wysmukły i spoglądał na obrazy z migoczącą obojętnością, przypominającą trochę taniec latającego po pokoju mola.
— Może mordowana jest głupota, sentymentalna głupota — zadrwił malarz.