— Sądzi pan? Ja myślę, że te wszystkie rury i linie faliste są dostatecznie głupie i niemało sentymentalne. Zdradzają one wiele ubolewania nad sobą i przeraźliwie wiele nerwowego zarozumialstwa. Tak się mnie wydaje.
Twarz malarza pożółkła w nowej fali nienawiści. Jednakże z jakąś milczącą pychą odwrócił obrazy do ściany.
— Sądzę, że możemy przejść do jadalni — rzekł.
Wszyscy przeszli przygnębieni.
Po czarnej kawie Duncan rzekł:
— Nie mam nic przeciwko temu, żeby się podać za ojca dziecka Connie, ale tylko pod tym warunkiem, że ona będzie mi w zamian pozowała. Od lat pragnąłem tego, ale Connie odmawiała mi stale.
Wypowiedział to z ponurą stanowczością inkwizytora, który ogłasza auto-da-fé.
— Aha! — rzekł Mellors. — Więc robi pan to warunkowo?
— Oczywiście! Zrobię to tylko pod tym warunkiem.
Malarz usiłował wyrazić w swoich słowach najwyższą pogardę dla leśniczego. Wyrażał jej trochę za wiele.