Ciało jego zadrżało nagle od powstrzymywanego oddechu niemego łkania, a łzy poczęły się szybciej staczać po jego twarzy. Pani Bolton położyła rękę na jego ramieniu i znowu jej samej łzy poczęły kapać z oczu. Znowu dreszcz przebiegł po jego ciele niby spazm, a ona otoczyła go ramieniem.
— Ależ! Ależ! Ależ! Ależ! Niechże się pan nie trapi! — jęczała nieustannie, podczas gdy własne jej łzy kapały z oczu.
Przyciągnęła go do siebie i otoczyła jego szerokie barki ramionami, opierając jego twarz o swoją pierś, i łkała przy tym, kołysząc zarazem jego olbrzymie bary, głaszcząc łagodnie jego ciemnoblond włosy i powtarzając:
— Ależ! Ależ! Ależ! Kto to słyszał! Kto to słyszał! Niechże się pan tak nie przejmuje! Niech się pan tak nie przejmuje!
A on otoczył ją ramionami i uczepił się jej jak dziecko i zlewał łzami jej sztywno nakrochmalony fartuch i bawełnianą bluzkę. Nie hamował się już teraz zupełnie.
Aż pani Bolton ucałowała go wreszcie, kołysząc go na swej piersi i mówiąc do siebie w głębi serca: „O, Sir Cliffordzie, o dumni Chatterleyowie! Więc tak nisko upadliście!” A wreszcie zasnął nawet w jej ramionach jak dziecko. Pani Bolton poczuła wyczerpanie i udała się do swego pokoju, gdzie w napadzie własnej histerii zarazem śmiała się i płakała. Jakie to było śmieszne! Jakie to było okropne! Taki upadek, taka hańba! I jakie to było zarazem podniecające!
Clifford zachowywał się później wobec pani Bolton jak dziecko. Trzymał jej rękę i opierał głowę o jej pierś, a kiedy go raz lekko pocałowała, rzekł:
— Tak! Niech mnie pani całuje! Niech mnie pani całuje!
A gdy nacierała jego wielkie, różowe ciało gąbką, powtarzał to samo:
— Niech mnie pani całuje!