Całowała wówczas jego ciało, wszędzie, na wpół dla żartu.
A on leżał z dziwaczną, bezmyślną twarzą, jak dziecko, z jakimś lekkim zdziwieniem dziecka. I jak gdyby w uwielbieniu Madonny, które przynosiło mu ulgę, spoglądał na nią szeroko rozwartymi oczyma dziecka. Prawdziwą ulgą było dla niego zaniechać całej swojej męskości, aby zatonąć w tym dziecięctwie, które było naprawdę perwersyjne. A potem sięgał ręką do jej piersi i dotykał ich i całował je w namiętnym podnieceniu, w namiętnym podnieceniu perwersji, polegającej na tym, że był dzieckiem, będąc przecież mężczyzną.
Pani Bolton czuła zarazem zachwyt i wstyd. Lubiła to i nienawidziła tego. Ale nie odtrącała go, nie robiła mu nigdy wyrzutów. Powstała więc między nimi bliska zażyłość fizyczna, zażyłość perwersji, w której on był dzieckiem, ogarniętym pozorną swobodą i podziwem, sprawiającym wrażenie niemal religijnego uwielbienia, niby perwersyjne i dosłowne oddanie owego: „Chyba, że staniecie się znowu jako małe dzieci”, podczas gdy ona była Magna Mater105, pełna siły i mocy, panująca zupełnie swoją wolą i rozkazem nad tym wielkim, jasnowłosym dzieckiem-mężczyzną.
Najdziwniejsze było przy tym, że to dziecko-mężczyzna, jakim był teraz Clifford i jakim stał się on od lat, było o wiele energiczniejsze i rozumniejsze niż dawny prawdziwy mężczyzna. To perwersyjne dziecko-mężczyzna było teraz prawdziwym człowiekiem interesu; jeżeli szło o interes, stawało się ono bezwarunkowym mężczyzną, ostrym jak nóż i nieprzeniknionym jak stal. Kiedy się znajdował poza domem wśród mężczyzn, dążąc do własnych celów i „rozwijając” swoje górnicze przedsięwzięcia, odznaczał się niesamowitą wprost przebiegłością i niezłomnością oraz pewnym, bystrym uderzeniem. Miało się wrażenie, jak gdyby właśnie jego perwersja i prostytucja w stosunku do Magna Mater obdarzała go z drugiej strony zaostrzonym rozumem w materialnych sprawach interesu i udzielała mu zdumiewającej, nieludzkiej siły. Chwiejność w prywatnym uczuciu, najskrajniejsze poniżenie jego męskości obdarzało go niejako drugą naturą, zimną, niemal wizjonerską dzielnością w interesach. W interesach był zupełnie nieludzki.
Dla pani Bolton był to powód do triumfowania.
„Jak on się posuwa naprzód! — powiadała sobie z dumą. — To moje dzieło! Zaprawdę, przy Lady Chatterley nigdy by do tego nie doszedł. Nie była ona kobietą zdolną pchnąć mężczyznę naprzód! Za wiele pragnęła dla siebie!”
I jakże ona nim przy tym w jakimś utajonym zakątku swojej niesamowitej duszy kobiecej gardziła, jak go nienawidziła! Był dla niej zwierzęciem, które padło, wijącym się potworem. Pomagając mu i wspierając go, jak mogła, zarazem gardziła nim w najtajniejszym zakątku swojej dawnej, zdrowej kobiecości, gardziła nim dziką pogardą nieznającą granic. Najlichszy włóczęga był lepszy od niego.
Zachowanie jego, jeżeli szło o Connie, było dziwne. Uparł się, że chce ją zobaczyć. Uparł się dalej, że musi ona powrócić do Wragby. Na tym punkcie był definitywnie i niewzruszenie zdecydowany. Connie przyrzekła solennie, że powróci do Wragby.
— Ależ to nie ma sensu! — rzekła pani Bolton — Czy nie może jej pan puścić kantem i uwolnić się od niej?
— Nie! Powiedziała, że wróci, i musi wrócić.