Pani Bolton nie oponowała już. Wiedziała, co to znaczy.
„Nie potrzebuję Ci mówić, jakie wrażenie wywarł na mnie twój list” — napisał do Connie do Londynu. — „Może potrafisz sobie to wyobrazić, jeżeli spróbujesz. Chociaż niewątpliwie nie zadasz sobie trudu nadużywania dla mnie swojej wyobraźni. Mogę Ci odpowiedzieć tylko jedno. Zanim zdołam cokolwiek uczynić, muszę mówić z Tobą osobiście, tu we Wragby. Przyrzekłaś mi solennie, że wrócisz do Wragby, trzymam Cię za słowo. Nie uwierzę w nic i nie zrozumiem niczego, póki nie będę mówił z Tobą osobiście, i to tutaj, w normalnych warunkach. Nie potrzebuję Ci mówić, że nikt niczego nie podejrzewa. Powrót twój będzie więc rzeczą zupełnie naturalną. Jeżeli potem, gdy omówimy całą sprawę, będziesz się nadal upierała przy swoim zdaniu, dojdziemy niewątpliwie do porozumienia”.
Connie pokazała Mellorsowi ten list.
— Chce rozpocząć swoją zemstę nad tobą — rzekł Mellors, oddając jej list.
Connie milczała. Była poniekąd zaskoczona odkryciem, że bała się Clifforda. Bała się zbliżyć do niego. Bała się go, jakby był zły i niebezpieczny.
— Co mam robić? — zapytała.
— Nic, jeżeli nie chcesz nic robić.
Odpowiedziała na list, starając się przekonać Clifforda. Odpisał jej:
„Jeżeli nie powrócisz teraz do Wragby, będę uważał, że powrócisz w przyszłości, i postąpię odpowiednio do tego. Pozostawię wszystko w dotychczasowym stanie i będę tu czekał na Ciebie, choćbym miał czekać pięćdziesiąt lat”.
Bała się. To była tyrania w niezmiernie złośliwym gatunku. Nie wątpiła, że zrobi to, co mówi. Nie zgodzi się na rozwód, a dziecko zostanie jego dzieckiem, jeżeli ona nie znajdzie jakiegoś sposobu, żeby je uznać za nieprawe.