Nastąpiła pauza.

— Ale czyż ty nie widzisz — zawołała Connie — że ja muszę od ciebie odejść? Muszę żyć z mężczyzną, którego kocham!

— Nie, tego nie widzę. Złamanego szeląga nie dam za twoją miłość do niego ani w ogóle za tego mężczyznę, którego kochasz. Nie wierzę w tego rodzaju frazesy.

— Ale widzisz, że tak jest.

— Naprawdę, tak jest? Moja kochana żono, zapewniam cię, że jesteś zbyt inteligentna, aby uwierzyć w swoją miłość do Duncana Forbesa. Nie, wierz mi, nawet teraz jeszcze masz dla mnie więcej uczucia. Więc dlaczego miałbym się zgodzić na taki absurd?

Connie czuła, że miał rację. I czuła, że nie może dłużej milczeć.

— Ponieważ nie Duncan Forbes jest tym, kogo naprawdę kocham — rzekła, spoglądając na niego. — Mówimy tylko, że to Duncan, żeby oszczędzać twoje uczucia.

— Żeby oszczędzać moje uczucia?

— Tak! Bo tym, kogo naprawdę kocham, a będziesz mnie za to nienawidził, jest pan Mellors, który był tutaj leśniczym!

Gdyby Clifford mógł wyskoczyć ze swego fotelu, uczyniłby to. Twarz jego pożółkła, oczy nabrzmiały złowieszczo, gdy utkwił nieruchomy wzrok w Connie.