Oniemiał znowu, a dziwne, puste spojrzenie dziecka powróciło do jego oczu.
— Trzeba się dziwić — rzekł wreszcie — że takie istoty mogą się rodzić na świecie.
— Jakie istoty?
Spojrzał na nią niesamowicie, ale nie odpowiedział. Niepodobna się było łudzić, że nawet faktu istnienia Mellorsa nie mógł przyjąć w związku ze swoim własnym życiem. Była to wyłącznie niewysłowiona, bezsilna nienawiść.
— I masz zamiar poślubić go teraz? I nosić jego plugawe nazwisko? — zapytał wreszcie.
— Tak, mam zamiar.
Znowu oniemiał.
— Tak! — rzekł wreszcie. — To dowodzi, że prawdą jest, co zawsze o tobie myślałem. Nie jesteś normalna. Nie jesteś przy zdrowych zmysłach. Należysz do owych na wpół obłąkanych, nerwowych kobiet, które ulegają najgorszemu zepsuciu, owej nostalgie de la boue106.
Nagle stał się moralistą, widząc w sobie ucieleśnienie Boga, a w takich ludziach, jak Mellors i Connie, uosobienie brudu, zła. Rozpływał się w swoim nimbie.
— Czy nie sądzisz zatem, że powinieneś raczej rozwieść się ze mną i uwolnić się ode mnie na zawsze? — zapytała Connie.