Odwrócił się, a ręce jego, ukryte w kieszeniach spodni, drżały z wściekłości. Tego wieczora powiedział do niej:

— Przyjdziesz do mnie dzisiaj w nocy, prawda? Nie wiem przecież nawet, gdzie jest twój pokój.

— Dobrze — odpowiedziała Connie.

Tej nocy był jako kochanek bardziej podekscytowany, ze swą dziwną, kruchą nagością małego chłopca. Connie nie mogła osiągnąć szczytowania, zanim on nie skończył swojego. I wzbudził w niej pewną pożądliwą namiętność przez tę chłopięcą nagość i kruchość; gdy już skończył, musiała kontynuować, jej lędźwie unosiły się w dzikiej galopadzie, podczas gdy on bohatersko podtrzymywał się, obecny w niej, z całą wolą i ofiarnością, aż sama doprowadziła do swojego orgazmu, wydając dziwne, drobne okrzyki.

Kiedy w końcu odsunął się od niej, powiedział gorzkim, niemal szyderczym głosikiem:

— Nie mogłaś dojść w tym samym czasie, co mężczyzna, prawda? Musiałaś się wyrwać! Musiałaś przejąć show!

Ta krótka przemowa, w takiej chwili, była jednym z szoków jej życia. Ponieważ ów bierny rodzaj oddawania siebie był ewidentnie jego jedynym prawdziwym sposobem obcowania.

— O co ci chodzi? — spytała.

— Wiesz, o co mi chodzi. Ty kontynuujesz godzinami, kiedy ja już skończyłem... a ja muszę trzymać się zębami, dopóki nie dojdziesz dzięki własnym wysiłkom.

Była oszołomiona tą niespodziewaną brutalnością właśnie w chwili, gdy ona promieniała przyjemnością wykraczającej poza słowa i rodzajem miłości do niego. Bo przecież, jak wielu współczesnych mężczyzn, skończył, niemal zanim zaczął. I to zmusiło kobietę do działania.