— Ale chcesz chyba, żebym kontynuowała, żeby też osiągnąć satysfakcję? — zapytała.
Zaśmiał się ponuro:
— Czy chcę tego! — powiedział. — To dobre! Chcę trzymać się z zaciśniętymi zębami, podczas gdy ty będziesz mnie atakować!
— Więc nie chcesz?
Pominął to pytanie.
— Wszystkie cholerne kobiety są takie — powiedział. — Albo wcale nie odchodzą, jakby były tam martwe... albo czekają, aż facet już skończy, i dopiero potem zaczyna je naprawdę brać, a facet musi się trzymać. Nigdy jeszcze nie miałem kobiety, która doszła dokładnie w tym samym momencie co ja.
Connie tylko w połowie usłyszała ten kawałek opowieści, męskie wyznanie. Była oszołomiona tylko jego wrogim nastawieniem wobec niej... jego niepojętą brutalnością. Czuła się zupełnie niewinna.
— Ale chcesz przecież, żebym i ja miała swoje zaspokojenie? — zapytała.
— O, owszem! Nie mam nic przeciwko temu. Ale niech mnie licho porwie, jeżeli to przyjemność dla mężczyzny, trwać tak i czekać, aż kobieta...
Słowa te były decydującym ciosem dla życia Connie. Zabiły w niej coś. Nie zależało jej wcale tak bardzo na Michaelisie. Zanim się zaczął ich stosunek, nie pragnęła go wcale. Miała wrażenie, jakby go nigdy zdecydowanie nie pragnęła. Ale z chwilą, gdy ją do tego doprowadził, uważała za naturalne, że i ona powinna z nim przeżywać własny orgazm. Niemal kochała go za to... tej nocy niemal kochała Michaelisa i chciała za niego wyjść.