— Ale czy to pana nie martwi?

— Dlaczego miałbym się tym martwić? Bynajmniej! Przyglądam się Charliemu Mayowi i innym mężczyznom, którzy miewają miłostki... Nie, nie zazdroszczę im wcale! Gdyby los zesłał mi kobietę, którą bym pragnął posiadać: doskonale, ale że nie znam kobiety, którą bym chciał posiadać, i nie widzę takiej nigdzie... Ba, prawdopodobnie jestem zimny, ale naprawdę niektóre kobiety lubię szczerze.

— Czy mnie pan lubi?

— Nawet bardzo! I widzi pani, między nami nie istnieje w ogóle kwestia pocałunków, prawda?

— Nie, zupełnie — odpowiedziała Connie. — Ale czy nie powinna istnieć?

Dlaczego, na Boga! Bardzo lubię Clifforda, ale coby pani powiedziała, gdybym podszedł do niego i pocałował go?

— Czy tu nie ma żadnej różnicy?

— Na czym ona polega w naszym przypadku? Wszyscy jesteśmy ludźmi inteligentnymi, a męskość i kobiecość jest na uboczu. Po prostu na uboczu. Czy byłaby pani zadowolona, gdybym zaczął w tej chwili zachowywać się jak kontynentalny samczyk i stosować swój seksualizm?

— Uważałabym to za wstrętne.

— No więc! Powiadam pani, że jeżeli w ogóle jestem samcem, to nie spotykam nigdy samiczki mego gatunku. I nie odczuwam jej braku. Po prostu tylko lubię kobiety. Kto może mnie zmusić, żeby je kochać lub udawać, jakobym je kochał, kto może mnie zmusić do stosowania mego seksualizmu?