Było to smutne, ale trzeba się z tym było pogodzić. To prawda: mężczyźni nie posiadali dla kobiet istotnego uroku. Kiedy sobie kobieta zdołała wmówić, że go posiadają, jak to ona uczyniła w stosunku do Michaelisa, to robiła jeszcze rzecz najrozsądniejszą, jaką zrobić mogła. Tymczasem żyło się po prostu i niepodobna było tego zmienić. Connie rozumiała doskonale, dlaczego ludzie pili cocktail, słuchali jazzu i do upadłego tańczyli charlestona. Młodość musiała się na tej czy na innej drodze wyszumieć, inaczej pożarłaby człowieka. Ale jakże ohydną rzeczą była ta młodość! Człowiek czuł się stary jak Matuzalem, a ta młodość świerzbiła go tymczasem i nie pozwalała mu żyć w spokojnych wygodach. Wstrętne życie! I bez żadnych widoków! Pragnęła już niemal uciec z Mickiem i uczynić ze swego życia jedną długą zabawę wieczorową z cocktailem i jazzem. Byłoby to w każdym razie lepsze, niż po prostu wpędzać się do grobu głupimi, tęsknymi marzeniami.
Podczas jednego ze swoich niedobrych dni wyszła sama i przechadzała się po lesie zamyślona, nie zwracając na nic uwagi, nie wiedząc nawet, gdzie się znajduje. Odgłos wystrzału w niewielkiej odległości przeraził ją i rozgniewał.
Po chwili, idąc dalej, usłyszała głosy i cofnęła się. Ludzie! Nie chciała widzieć ludzi. Ale bystry jej słuch pochwycił jeszcze inny dźwięk, który zbudził jej ciekawość; był to płacz dziecka. Natychmiast ogarnęła ją troska; ktoś obchodził się źle z dzieckiem. Szybko ruszyła przez wilgotną ścieżkę leśną; budziła się w niej głucha niechęć. Czuła się właśnie w odpowiednim nastroju, aby urządzić scenę.
Minąwszy zakręt, ujrzała przed sobą dwie postacie stojące na drodze: leśniczego i małą dziewczynkę w czerwonym płaszczyku i kreciej czapeczce. Dziewczynka płakała.
— Przestaniesz buceć, ty diosecki skrzocie! — usłyszała gniewny głos mężczyzny, a dziecko poczęło płakać głośniej.
Constance zbliżyła się z płonącymi oczyma. Leśniczy odwrócił się i spojrzał na nią, ukłonił się chłodno, ale był blady z gniewu.
— Co się stało? Dlaczego ona płacze? — zapytała Constance tonem rozkazującym, ale prawie bez tchu.
Lekki uśmiech, niby szydercze skrzywienie, zjawił się na twarzy mężczyzny.
— No, to się już jom samom niech zapytajom, panuchno — odpowiedział gruboskórnie, posługując się dialektem.
Connie miała wrażenie, jakby ją uderzył w twarz. Poczerwieniała. Potem skupiła siły i spojrzała na niego ciemnoniebieskimi oczyma, płonącymi trochę niepewnie.