— Ale ja pana pytałam — odparła.

Leśniczy wykonał dziwny, lekki ukłon i zdjął kapelusz.

— Tak jest, proszę jaśnie pani — rzekł, a potem, powracając do dialektu. — Jo im tego, panuchno, pedzieć nie moga.

I stał się cały żołnierzem, niezbadanym i tylko trochę bladym z gniewu.

Connie zwróciła się do dziecka, krępej, ciemnowłosej dziewczynki w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat.

— Co ci się stało, maleńka? Powiedz mi, dlaczego płaczesz! — zapytała z konwencjonalną słodyczą w głosie.

Jeszcze gwałtowniejszy, świadomy celu płacz. Jeszcze więcej słodyczy ze strony Connie.

— Ależ, ależ, nie płaczże już. Powiedz mi, co ci uczyniono!...

Podkreślona czułość w głosie. Jednocześnie sięgnęła do kieszeni żakietu i na szczęście znalazła sześciopensową monetę.

— Nie płacz już! — powiedziała i pochyliła się nad dzieckiem. — Patrz, co dla ciebie mam!