Jeszcze kilka łkań, krótki szloch, piąstka odrywa się od twarzy, czarne, przebiegłe oczko rzuca szybkie spojrzenie na monetę. Potem znowu szloch, ale już słabszy.

— No, no, powiedz mi, co ci się stało, powiedz!

Connie wcisnęła monetę do brudnej rączki dziecka, która zacisnęła się natychmiast dookoła sześciopensówki.

— To bez... bez... kocika.

Dreszcz przemijającego łkania.

— Jakiego kocika, moje dziecko?

Po chwili milczenia lękliwa rączka, zaciśnięta wokół monety, wskazuje w stronę krzaków jeżyny.

— Hań!

Connie spojrzała w tym kierunku i rzeczywiście leżał tam wielki, czarny kot, ohydnie rozciągnięty, z odrobiną krwi na futrze.

— O! — zawołała Connie z odrazą.