— To nic męczącego, to tylko spacer — rzekła Connie z uśmiechem.

— Doprowdy, to za mocno łaski z jeich strony, jasno panuchno. A podziękowałaś to aby? Joch razym wiedziała, iże sie cosik zrobi, jak z śnim pódzie. Łona sie go boi, ło to jeny chodzi. Łon jes lo niej jak cudzy, blank jak cudzy. Joch se tyż myśla, że łoni łoba nieprendko sie ze sobom zżyjom. Łon ma takie jakieś dziwne maniery.

Connie nie wiedziała, co powiedzieć.

— Dziwejcie sie, starko! — zaszczebiotało dziecko.

Staruszka spojrzała na sześciopensówkę w lewej ręce dziewczynki.

— Sześć pientoków! Nie, jasno panuchno, tego przeca nie muszom robić, tego przeca nie muszom robić. Panuchna Chatterley som lo ciebie za dobrzi! Sprawiedliwie, to dziołszysko mo scęście!

Wymawiała to nazwisko, jak wszyscy ludzie we wsi: Czatli. „Panuchna Czatli som lo ciebie za dobrzi!” — Connie nie mogła się powstrzymać, musiała spojrzeć znowu na nos staruszki, która raz po raz przejeżdżała ręką po twarzy, ale nie trafiała na smugę sadzy.

Connie skierowala się do odejścia.

— Dzieńkuja im pieknie, panuchno Czatli, bardzo pieknie im dzieńkuja. Podzieńkuj żys jasnej panuchnie! — rozkazała staruszka dziecku.

— Dzieńkuja... — pisnęła mała.