— Ślicznie! — uśmiechnęła się Connie i rzuciwszy jeszcze „do widzenia”, oddaliła się, rada szczerze, że jest znowu wolna. „To dziwne — pomyślała — że ten wysmukły, dumny mężczyzna miał za matkę tę małą, szorstką kobietę!”
Zaś stara kobieta, gdy tylko Connie odeszła, pobiegła szybko do lusterka w kuchni i obejrzała sobie twarz. Kiedy ujrzała swój obraz, tupnęła nogą ze złości.
— Prawie w tej usmolonej zapasce i z tom cornom gembom musiała mie zastać. Co se terozki ło mnie bydzie myśleć!
Connie powracała powoli do domu, do Wragby. „Dom!”... to było zbyt ciepłe słowo dla tej wielkiej, niesympatycznej budowli. Ale było to ostatecznie słowo, którego chwila już minęła. Było ono niejako wymazane. Wszystkie te wielkie słowa, tak się Connie wydawało, wymazane były dla jej pokolenia: miłość, radość, szczęście, dom, matka, ojciec, mąż, wszystkie te wielkie, dynamiczne słowa były teraz na wpół umarłe i z dnia na dzień zamierały coraz bardziej. Dom był miejscem, w którym się mieszkało, miłość — rzeczą, dla której nie warto było wystawiać się na śmieszność, radość — wyrazem, który się stosowało do dobrego charlestona, szczęście — obłudnym wyrażeniem, aby zamydlić oczy innym ludziom, ojciec — odrębną istotą, która wiodła własny żywot, mąż — mężczyzną, z którym się żyło i którego utrzymywało się w dobrym humorze. A płeć, ostatnie z wielkich słów, to był po prostu cocktail, wyraz oznaczający podnietę, która na chwilę pobudzała człowieka; a potem pozostawiała go jeszcze bardziej zużytym. Zużyty! Miało się wrażenie, jakby nawet materia, z jakiej się było stworzonym, była tanią materią, która się strzępiła i z której w końcu nic nie pozostawało.
I istotnie nie pozostawało nic poza zalęknionym stoicyzmem; była w tym jakaś przyjemność. W samym przeżywaniu nicości życia, szczebel po szczeblu, stopień po stopniu było jakieś okrutne zadośćuczynienie. Więc to było to! Zawsze to było ostatnie słowo: dom, miłość, małżeństwo. Michaelis: Więc to było to! A gdy się będzie umierało, ostatnie słowa, skierowane do życia, będą: Więc to było to!...
Pieniądze? O nich nie można było może powiedzieć tego samego. Pieniędzy potrzebowało się stale. Pieniądze, powodzenie, psia bogini, jak Tommy Dukes nazywał ją uporczywie za przykładem Henry’ego Jamesa37 — to były trwałe konieczności. Nie można było wydać ostatniego grosza, a w końcu powiedzieć sobie: Więc to było to! Nie, jeśli się miało żyć jeszcze chociażby tylko dziesięć minut, trzeba było mieć pieniądze na to i na owo. Już dla samego wprawienia mechanizmu w ruch potrzebowało się pieniędzy. Trzeba je było mieć. Pieniądze trzeba było mieć. Niczego innego w istocie się nie potrzebowało. Więc to było to!
Oczywiście nie jest twoim błędem, że żyjesz. Ale jeżeli żyjesz, pieniądze są ci konieczne, jest to jedyna nieodzowna konieczność. Bez wszelkich innych rzeczy można się w razie potrzeby obyć. Ale nie bez pieniędzy. Istotnie: Więc to jest to!
Pomyślała o Michaelisie i o pieniądzach, jakie by z nim miała; ale i tego nie chciała. Wolała skromną sumę, jaką Clifford zarabiał przy jej pomocy pisarstwem. Rzeczywiście przy jej pomocy. „Clifford i ja zarabiamy swoim pisaniem tysiąc dwieście funtów rocznie”; tak to w duchu wyrażała. Zarabiać pieniądze! Zarabiać! Z niczego! Łapać je z powietrza! Jedyny czyn, z którego mógł być człowiek dumny! Reszta to przesada.
Z takimi myślami szła naprzód, do domu, do Clifforda, aby znowu usiąść z nim razem i stworzyć jeszcze jedną nowelę z niczego: a nowela to były pieniądze. Cliffordowi najwidoczniej zależało bardzo na tym, czy się uważało jego opowiadania za pierwszorzędną literaturę czy nie. Jej było to, ściśle biorąc, obojętne. „Nic w tym nie ma!” — mówił jej ojciec. „Tysiąc dwieście funtów rocznie!” — brzmiała prosta i rozstrzygająca odpowiedź.
Jeśli człowiek był młody — zagryzał zęby, brał się do roboty i dopinał tego, że pieniądze zaczynały płynąć z niewidzialnego źródła; była to kwestia siły. Była to kwestia woli; subtelne, subtelne, ale silne promieniowanie woli z własnej jaźni przynosiło człowiekowi tajemniczą nicość pieniądza: słowo na kawałku papieru. Był to rodzaj magii i bez wątpienia było to triumfem. Psia bogini! Dobrze, jeśli już trzeba się było prostytuować, to niechaj to będzie psia bogini; można nią było zawsze gardzić, nawet prostytuując sie z nią, i tak było dobrze.