Clifford posiadał oczywiście jeszcze wiele innych dziecięcych tabu i fetyszów. Chciał uchodzić za pisarza „naprawdę dobrego”, a to były bzdury. Naprawdę dobre było to, co się udawało. Na nic się nie zda pisać naprawdę dobrze i siedzieć z tym na lodzie. Ludzie, którzy byli czymś „naprawdę dobrym”, właśnie nie potrafili złapać w porę autobusu. Ostatecznie żyło się tylko raz, a kto spóźnił się do autobusu, pozostawał po prostu na chodniku, razem z innymi ludźmi, którzy nie potrafili niczego dopiąć.
Connie myślała o tym, aby spędzić zimę z Cliffordem w Londynie, najbliższą zimę. Oni oboje zdążyli w samą porę na autobus, mogli więc jechać przez pewien czas na pomoście i pokazać się.
Najgorsze było, że Clifford skłaniał się do tego, aby być niewyraźnym i nieprzytomnym, a chwilami popadał w puste przygnębienie. Były to przejawy owej rany w jego psyche. Ale na Connie oddziaływało to w ten sposób, że niekiedy miała ochotę krzyczeć. O Boże, jeśli sam mechanizm świadomości doznawał zakłóceń, cóż człowiekowi pozostawało! Do licha, robiło się swoje! Czyż było się zupełnie bezsilnym?
Niekiedy płakała gorzko, ale płacząc powiadała sobie: „Głuptasie, moczysz tylko chusteczki, jakby ci to mogło pomóc!”
Od czasów Michaelisa postanowiła nie pragnąć niczego więcej. Wydawało się to jej najprostszym rozwiązaniem nierozwiązalnej sytuacji. Nie pragnęła niczego więcej, niżeli posiadała. Chciała tylko ułożyć sobie życie z tym, co posiadała. Clifford, nowele, Wragby, żywot Lady Chatterley, pieniądze i sława, tyle tego było... z tym wszystkim chciała sobie ułożyć życie. Miłość, płeć, wszystkie te głupstwa — to po prostu lodowaty cukier! Poliż go i zapomnij o nim! Jeśli się nie przywiązywało do tego w duchu wagi, było to niczym. Zwłaszcza płeć... była niczym! Wystarczy się na to raz zdecydować, a zagadnienie będzie rozwiązane. Rozkosz płciowa i cocktail: obydwa trwały mniej więcej jednakowo długo, wywierały taki sam skutek i mniej więcej sprowadzały się do tego samego.
Ale dziecko, bobasek! To jednak dawało jakieś uczucia. Postanowiła traktować tę sprawę bardzo ostrożnie. Trzeba się było przede wszystkim zastanowić co do mężczyzny. I rzecz dziwna: na całym świecie nie było mężczyzny, z którym pragnęłaby mieć dzieci. Dzieci Micka! Obrzydliwa myśl! Z równą przyjemnością mogłaby mieć dzieci z królikiem. Tommy Dukes?... Był bardzo miły, a jednak niepodobna było wyobrazić go sobie w związku z noworodkiem, z innym pokoleniem. Kończył się na sobie. A wśród wszystkich pozostałych, tak rozległych znajomości Clifforda nie było ani jednego mężczyzny, który by nie budził jej odrazy na myśl, że mogłaby z nim mieć dziecko. Wielu było, którzy doskonale nadawaliby się na kochanków, nawet Mick. Ale mieć z nimi dziecko! Brrr! Poniżające i ohydne!
Więc to było to!
Tym niemniej Connie nie przestawała myśleć o dziecku. Cierpliwości! Cierpliwości! Przesieje całe pokolenie mężczyzn i przekona się, czy nie znajdzie się wśród nich choćby jeden, który by się nadawał. „Idźcie na ulice i w zaułki Jerozolimy i patrzcie, czy znajdziecie męża38”. Niemożliwością było znaleźć męża w Jerozolimie proroka, chociaż były tam tysiące mieszkańców płci męskiej. Ale mężczyzna! C’est une autre chose!39
Miała wrażenie, że musi to być cudzoziemiec. Nie Anglik, a tym mniej Irlandczyk. Prawdziwy cudzoziemiec.
Ale cierpliwości! cierpliwości! Najbliższej zimy zawiezie Clifforda do Londynu; następnej nakłoni go do wyjazdu zagranicę, do południowej Francji, do Włoch. Cierpliwości! Nie śpieszyło się jej z dzieckiem. Była to jej własna sprawa i jedyna sprawa, którą traktowała niezmiernie poważnie, w jakiś sobie tylko właściwy, dziwnie kobiecy sposób. Nie zaryzykuje tego z jakimś przypadkowo spotkanym człowiekiem, ona nie! Kochanka można sobie było wziąć każdej chwili, ale mężczyznę, z którym się chciało mieć dziecko... cierpliwości! cierpliwości! to zupełnie inna sprawa. „Idźcie na ulice i w zaułki Jerozolimy...” Nie była to kwestia miłości; szło tylko o mężczyznę. Ba, można by go nawet osobiście niemal nienawidzić. Ale jeśliby był prawdziwy, cóż znaczyła osobista nienawiść? Szło tutaj o drugą część własnego „ja”.